Wszystkie dla tagu: las

Chemiczne akapity – mrok

[…] Możemy wszystko, ale zawierzamy swój los technologi — jak zwał. Za dużo kalkulujemy, silimy się na potężne wyzwania, bo tylko takie zrobią wrażenie w social mediach i tylko takie mogą konkurować z dziesiątkami podobnych. Zapomnieliśmy, że przygoda czai się za rogiem. Jest w lesie, za wzgórzami, w mieście (kiedy słońce chyli się ku zachodowi, kiedy chłód wieczora wypiera skwar dnia, kiedy ruch ustaje, miasto zwalnia, autochtoni wychodzą na ulicę, zmienia się klimat, staje się tak bardzo lokalnie). I to właśnie jest słowo klucz: lokalnie! Pragniemy podbić świat, a nie znamy własnej okolicy. Chcemy zdobywać najwyższe szczyty, a nie widzieliśmy panoramy ze wzgórza za domem… Czasami trzeba położyć się na trawie, przytulić głowę do ziemi i przekonać się, że pod naszymi stopami dzieje się coś niesamowitego. I czasami trzeba przegnać precz te wszystkie treningi, rekordy, wychodzenie poza strefę komfortu, wspaniały sprzęt, racjonalne myślenie i pójść na żywioł, bo wtedy mamy szansę zobaczyć świat z innej perspektywy i odkryć coś z pozoru małego, a w istocie wielkiego. I nie bać się… porażki, jakąkolwiek by była.” Nie …

Gleba

Roztrzaskane kolano, zdarte do krwi dłonie i usta pełne ziemi. Chwilę przed upadkiem, długi lot. Potem głośne klapnięcie. Cichy jęk i głośne „o kurwa!”. Bolesna zmiana pozycji, szybka analiza sytuacji, raport strat. Podniesiona prawa dolna kończyna, zgięcie w kolanie – klik, klak. Działa! Podniesiona lewa kończyna – „o cholera, nie mam kolana”! I kiedy leżałem tak na wilgotnej chłodnej ziemi, śmiałem się w głos. Jeszcze minutę temu pędziłem, jak wariat, zbiegając ze wzgórza wąską przecinką będącą granicą kultur. Łapczywie łapałem oddech. Goniłem cień. Liście buków szumiały na wietrze. Teraz leżałem w kałuży endorfin z wielkim jak arbuz kolanem. Pulsujący ból nie dawał powodu do śmiechu, a jednak. Kiedy rozpoczynałem trening, miałem wątpliwości, czy tego chcę, czy nadal chcę biegać? Wyszedłem z domu, bo skusiła mnie perspektywa obcowania z naturą, a trening? Trening był tylko jakimś tam dodatkiem. Był przy okazji. Z czasem i pokonywanymi kilometrami, nasyciłem się widokiem lasu, jednocześnie, poczułem przyjemność z biegu. Wysiłek dał mi absolutną radochę. Poczułem wolność. Powoli, stopniowo, gdzieś tam, kiełkowała we mnie potrzeba ruchu. Podbiegając pod Winną Górę, zdyszany jak jasna …

Błotka

Pobiegłem w ciemną noc, poprzez obsiane pola, nisko skoszone łąki. Nie mając celu, nie uznając dróg, duktów, ani traktów. W pogardzie mając asfalt, beton, szuter.  Dla mnie bieżnią jest miedza. Szlakiem, wydeptana przez zwierzynę, wijąca się pomiędzy drzewami, ścieżka. Z dala od ludzi, w bliskości natury… Wzułem stare rozbiegane buty, na zad wciągnąłem ozdobione kiczowatym camo legginsy, na legginsy stare szorty. Na grzbiecie spoczęła bawełniana koszulka pamiętająca IWW z 2011 roku i, jako kolejna warstwa, stara, sfatygowana bluza firmy z łyżwą jako logo. Przezornie wsadziłem do kieszeni kolorowy wydruk mapy topograficznej z naniesionym terenem dzisiejszej wycieczki, a na nadgarstek naciągnąłem kompas wyposażony w elastyczną opaskę. Gwizdnąłem głośno na psa, przywołując go do nogi. Otworzyłem na oścież metalową bramkę ze skrzypiącymi zawiasami i pobiegłem przez wieś, do lasu, w kierunku Błotek.

Dystans cz.2

Dystans jest ojcem bólu. Nieopisany, bez reguł. Nie ma wzoru: wzrost intensywności bólu nie jest wprost proporcjonalny do długości dystansu, nie jest też kwadratem szybkości biegu, ani iloczynem sumy długości oraz czasu trwania. Ból bywa. Dystans jest.  Dystans jest bratem czasu. Niezależnie od jego długości, czas musi płynąć. Nie zatrzymasz go przyciskiem na stoperze, nie przyspieszysz, nie zwolnisz. Czas trwania jest względny. Względna jest percepcja – czas się wlecze lub mija w mgnieniu oka.  Bezwzględne musi być dążenie do osiągnięcia celu. Do pokonania dystansu…   Kiedy przybijałem piątkę z PK B, las zaczęła rozjaśniać pomarańczowa łuna. Nagle z mroku zaczęły wyłaniać się kształty, zarysy. Z każdą upływającą minutą, światło wydobywało więcej i więcej szczegółów. A im więcej szczegółów pojawiało się dookoła, tym bardziej odżywały, zmęczone ciemnością, oczy. Chłonąłem las wszystkimi zmysłami. Pozwalałem sobie na wyskoki, to w lewo, to w prawo, aby przebiec obok małych wysepek, które wyraźnie wyróżniały się w leśnym świecie pionowych linii, biegnących od gruntu pokrytego ciepłą i miękką ściółką aż do zielonego dachu zasłaniającego niebo. Pokonywałem niewielkie wzniesienia porośnięte miękkim mchem, zbiegałem …