Wszystkie dla tagu: marcinowe zajawki

Kroki

No i latam… Nic na siłę, tylko przyjemność. Spokojny trucht w słoneczny mroźny dzień. Las. Pies. Cisza. Stawiam pierwsze kroki. Uczę się chodzić. Z tym moim powrotem do biegania (którymś tam z kolei) jest tak, że mam plan. Prosty plan: nie przegiąć, pielęgnować flow, być nienasyconym, głodnym. Liczę kilometry- to fakt. Biegam z biegacką busolą na nadgarstku- to fakt. Wyginam kończyny i grzbiet po każdym bieganiu, naciągam przyczłapy- to fakt. Ale… Ale kiedy mam ochotę się zatrzymać, zatrzymuję się. Kiedy mam ochotę przejść do marszu, przechodzę. Kiedy jest okazja pstryknąć fotkę, pstrykam. I czerpię maksimum przyjemności z tego mojego truchtania. I zbieram kroki, krok do kroku, ziarnko do ziarnka. Niewątpliwym sukcesem jest to, że wciąż mi się chce. Minęły trzy tygodnie, a ja nadal to robię. W zeszłym roku, w styczniu, wytrwałem tydzień. Taki ze mnie twardziel był. Żałosne? Ale prawdziwe. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie myślę o nieprawdopodobnych wyczynach i nie planuję podboju świata. Zawsze, gdzieś tam w głowie, grzechocze chęć podniesienia poprzeczki, sprawdzenia się. Na tym etapie nie mam co wydziwiać, bo to …

Tak, jak kiedyś…

Nieprawdopodobnie długa pętla. Kilkanaście punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Kilometry, dużo kilometrów i jeden cel: poniewierka do wyrzygu. W plecaku: żarcie, płyny, odkażacz wody (gdybym miał pić z brudnej kałuży), para skarpet, saszetka z plastrami, folia NRC, zapasowy buff, stary odtwarzacz mp3, a na nim playlista z najlepszymi kawałkami granymi w latach 90, zapalniczka (gdyby zachciało mi się biwakować przy ognisku). Start. Godzina dziewiętnasta coś tam, coś tam. Minus dziesięć, temperatura spada. Ruszam niespiesznie w noc. Odwykłem od biegania w pełnym ultrabiegackim rynsztunku. Czołówka ciąży. Plecak, pomimo pasków ściągniętych do granic możliwości, majta się na boki. Ciężko jakoś. No i ten wiatr. Zbiegam z asfaltu i wbijam się w las. Znikam w ciemnościach. Dwadzieścia kilka kilometrów od domu później. Przemęcki Park Krajobrazowy. Skraj lasu, piaszczysta wydma, łąka, kępa trzcin. Jestem cholernie zmęczony. Cztery i pół godziny napierania po największych krzaczorach, jakie może zaoferować okolica, skutecznie wysysa moc. Postanawiam rozpalić ognisko i rozgrzać przemarznięte kończyny. Kryję się za skarpą, kilka metrów poniżej granicy lasu. Znoszę gałęzie, szykuję legowisko z trzcin. Noc jest mroźna, a porywisty wiatr …

Kilka faktów z życia biegowego #6… oraz blogowego

Blog Usunąłem blogowy fanpage z fejsbuka. Usunąłem instagramowe konto wypełnione obrazkami. Czekałem aż wygaśnie domena. Potem zniknie blog. To miał być definitywny koniec. Zero pisania o bieganiu i tym podobnych. Natrętna myśl o powrocie do pisania miała zniknąć. Miałem odczuć ulgę. Niewyobrażalną. Sam nie wiem, jak to się stało, że opłaciłem domenę na kolejny rok. Jestem masochistą, ale nie tak hardcorowym, żeby przez dwanaście miesięcy chlastać się wizją wielkich powrotów. Tym bardziej że nie mam mocy lansować bloga w social mediach. No i nie chcę być częścią biegowej papki blogowej. Dziś podczas spaceru po lesie naszła mnie myśl, że skoro natrętne myśli będą mnie męczyć do następnego roku, to może jednak coś naskrobać? Eksperymentalnie. Wszak ostatni wpis, jaki dokonałem, przyniósł mi dużo radości. I właśnie dlatego piszę, ale duchu starych dobrych przedfejsbukowych czasów. Czasów, kiedy na blogi trafiało się w wynikach wyplutych przez wyszukiwarkę albo w podlinkowanych komentarzach. A to były fajne czasy: blog Grześka, blog Pawła, Blog Hani, Marszoblog… i jeszcze kilka innych. Bieganie Moje bieganie objawia się w nieregularnych wypadach do Magicznego Lasu, …

Publiczne deklaracje to może nie jest dobry pomysł, ale idealny moment na to, aby użyć cytatu: „Droga jest celem”

Chciałem napisać kilka akapitów o tym, jak wracam do formy, jak walczę z natrętnym leniem i jak trenuję. Zacząłem nawet takim wstępem i… I wiecie co? Jest beznadziejny. Celujesz prosto w moje serce, kotku! Nieczule naciskasz spust. Rozlega się kanonada. Nastaje martwa cisza, a z lufy snuje się dym. Czerwone usta. Zapach prochu… Łapię się za serce, wpatrzony w twe zielone oczy upadam. Upadłem na przełomie stycznia i lutego. Zabiła we mnie chęci, motywację, wykrwawiła pasję biegania, zostawiając po niej blady zewłok. Nie walczyłem, bo jak, kiedy brakło sił. Teraz myślę, że mógłbym, ale chciałem śmierci. Takie biegowe samobójstwo… A teraz? A teraz? Teraz nie istnieje to, co było. Nie, oczywiście, że fajnie jest powspominać, ale kiedy wychodzę na trening, odcinam przeszłość. I nie mówię tutaj o doświadczeniu nabytym podczas tych kilku lat biegania, trenowania oraz startowania. Mówię o tym, co ciągle siedziało mi w głowie. O tempach, poziomie wytrenowania, szczycie formy. (Głowa chciała, ale nogi, serce i płuca nie bardzo). To minęło. Teraz, zaczynam budować formę od nowa, ale na twardym i zwartym gruncie. …