Wszystkie dla tagu: samodoskonalenie

Czwarty – droga

Więc ktoś, kto jest samurajem i nosi miecz za pasem nie może zapomnieć o duchu walki. A wtedy jego umysł jest niewzruszenie ukierunkowany na śmierć. Bo samuraj, który nie docenia ducha walki, chociaż nosi miecz za pasem, jest tylko chłopem albo kupcem w skórze wojownika. Daidoji Yuzan Shigesuke „Budo Shoshinshu” Doświadczenie kryzysu to jedna z najgorszych i paradoksalnie, najlepszych rzeczy, jaka mogła mi się przytrafić. Wyobrażałem sobie, że takie przygody przytrafiają się tylko najlepszym. Tym, którzy mają dużo do stracenia. Czytałem o tym w biografiach sławnych sportowców albo w poradnikach dla żółtodziobów. W pierwszym przypadku, autor pisząc o kryzysie, świadomie tworzy kontrast pomiędzy upadkiem, a sukcesem, aby wyeksponować trud, z jakim dochodzi się do celu. W drugim, to straszak dla niesfornych i zbyt zachłannych amatorów biegania. Tak myślałem. Kryzys? Tak znam. Jego gorzki smak poznałem pokonując dziesiątki kilometrów podczas imprez ultra albo w trakcie biegu maratońskiego, kiedy próbowałem przebić głową ścianę. Ten kryzys jest niczym wobec całkowitej bezsilności, kiedy piętrzą się urojone kłopoty. Umysł szuka przeszkód i wymówek. Nogi same się plączą i potykają zawadzając …

O dążeniu do doskonałości, akceptacji siebie i widzeniu tego co jest, a co może być

Być ideałem, czy zaakceptować swoje niedoskonałości? Orać ja wół, by urwać cenne minuty z życiowego rekordu w maratonie, czy trenować w zgodzie z własnymi potrzebami, po to aby bez wysiłku przemierzać górskie szlaki? Jedni znajdują spełnienie w treningu do utraty tchu inni w truchcie po parku, ale jedni i drudzy mają jakiś cel do którego dążą.  Moim celem jest to by być coraz lepszym biegaczem, aby osiągnąć to, co do tej pory było poza moimi najśmielszymi marzeniami. Wytrwałość, którą wyrobiłem w sobie przez kilka lat biegowej przygody sprawiła, że zacząłem doskonalić swoje umiejętności w każdej dziedzinie z którą się zetknąłem: w pracy, w domu, wykonując dodatkowe zlecenia, czy szykując kolejny rodzinny wypad – cokolwiek.  Biegowa pasja wywróciła mój świat do góry nogami – może inaczej: sprawiła, że stał się bardziej uporządkowany, zdrowszy i ergonomiczny. Wyobrażacie to sobie? Kontrolowany upadek zmienia całe wasze życie? Są osoby, które strasznie się spinają. Kiedy ich cel, pomimo włożonej pracy, wszystkich zabiegów aby stać się coraz lepszym, jest ciągle poza zasięgiem lub, co gorsza, wydaje się oddalać, wtedy wpadają w …

Deficyt czasu, czyli życie według planu

Wraz z jesienią w życiu Bormana pojawia się taki czas, kiedy wygospodarowanie wolnej chwili na drobne przyjemności graniczy z cudem. Do zestawu codziennych obowiązków dochodzą kolejne. Jesień w toku oraz nadchodząca zima dostarczają dodatkowych zajęć: jest szkoła dziewczynek, zaczął się okres grzewczy więc trzeba palić w piecach, szykować opał, przygotować starty poniemiecki dom do mrozów i opadów śniegu. Z ogrodu i pola trzeba zebrać ostanie plony, ale także zadbać o te, które można zbierać spod śniegu. Posesja wymaga dodatkowej uwagi, sprzątanie opadających liści to, wydawać by się mogło, niekończąca się harówka. Do tego przeciągające się prace budowlane i wiecznie trwający remont pożerają łapczywie, kurczące się zasoby wolnego czasu. O treningach nie wspomnę…

O poświęceniu – wszyscy jesteśmy superbohaterami

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie Hania, a dokładniej jej poczynania podczas Maratonu Gór Stołowych, które opisuje na swoim blogu. Kiedy czytałem o jej zmaganiach z bólem, z trudem trasy i upływającym czasem, olśniło mnie. Podobnego olśnienia doznałem podczas łódzkiego maratonu, kiedy stałem pod metą i czekałem na Sabinę, potem na Tomka (tak, tak Ilona, to doskonały temat na wpis). Ci wszyscy biegacze, kończący maraton z uśmiechem, z autentyczną radością, pomimo bólu i zmęczenia byli niesamowici. Tryskające na wszystkie strony szczęście i absolutne spełnienie rosły, nasilały się wprost proporcjonalnie do zwiększającego się czasu, z którym zawodnicy kończyli swój bieg. Do niedawna twierdziłem, że ukończenie maratonu, to nie taki wielki wyczyn, a niektórzy biegacze wykazują się na mecie, jak to ujął mój kolega, zbytnią egzaltacją. Jednak to, co zobaczyłem w Łodzi było szczere, szczere do bólu, bez odrobiny przesady.