WYRYPY
komentarze 2

Tak, jak kiedyś…

Nieprawdopodobnie długa pętla. Kilkanaście punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Kilometry, dużo kilometrów i jeden cel: poniewierka do wyrzygu.

W plecaku: żarcie, płyny, odkażacz wody (gdybym miał pić z brudnej kałuży), para skarpet, saszetka z plastrami, folia NRC, zapasowy buff, stary odtwarzacz mp3, a na nim playlista z najlepszymi kawałkami granymi w latach 90, zapalniczka (gdyby zachciało mi się biwakować przy ognisku).

Start. Godzina dziewiętnasta coś tam, coś tam. Minus dziesięć, temperatura spada.

Ruszam niespiesznie w noc. Odwykłem od biegania w pełnym ultrabiegackim rynsztunku. Czołówka ciąży. Plecak, pomimo pasków ściągniętych do granic możliwości, majta się na boki. Ciężko jakoś. No i ten wiatr. Zbiegam z asfaltu i wbijam się w las. Znikam w ciemnościach.

Dwadzieścia kilka kilometrów od domu później. Przemęcki Park Krajobrazowy. Skraj lasu, piaszczysta wydma, łąka, kępa trzcin.

Jestem cholernie zmęczony. Cztery i pół godziny napierania po największych krzaczorach, jakie może zaoferować okolica, skutecznie wysysa moc. Postanawiam rozpalić ognisko i rozgrzać przemarznięte kończyny. Kryję się za skarpą, kilka metrów poniżej granicy lasu. Znoszę gałęzie, szykuję legowisko z trzcin. Noc jest mroźna, a porywisty wiatr wbija w pierś zimną szpilę.

Zerkam na mapę. Do pokonania zostało dwie trzecie zaplanowanego dystansu. Ewentualny powrót to kolejne dwadzieścia kilka kilometrów. Minimum pięćdziesiątak, z dużym hakiem, w nogach. Przeliczyłem się. Nie mam siły na kolejną rundę. Zarządzam długą pauzę przy ognisku. Spróbuję nad ranem.

O świcie zaczyna padać śnieg. Gaszę ognisko, zbieram chłam i z niechęcią opuszczam ciepłą miejscówkę. Ruszam najszybszym wariantem, prowadzącym leśnymi duktami i granicami kultur. Mijam dobrze znane mi miejsca. Przywołuję w pamięci odległe eskapady, spontaniczne wypady po Wzgórzach Pszczółkowskich, nocne wycieczki rowerowe wzdłuż Odry, czy Baryczy.

Och, ile bym dał, żeby było tak, jak kiedyś! Wtedy, kiedy miałem siły na niekończące się rajdy po najodleglejszych zakątkach Magicznego Lasu. Wtedy, kiedy przemierzałem, z mapą w dłoni, nieznane jeszcze tereny trzech sąsiadujących ze sobą województw. Kiedy słowo lokalnie łączyło się ze słowem filozofia. Wtedy, kiedy… Zaraz, zaraz! Przecież właśnie to robię! I zamiast żyć przeszłością, powinienem spojrzeć w przyszłość, bo właśnie odkrywam nowe, nieznane mi dotąd, tereny biegowej krainy. Przecieram nowe szlaki. Biwaki przy ognisku podczas napierania? Noclegi w terenie, kiedy zmęczony, owinięty folią NRC, zasypiam pod świerkiem? Przecież kiedyś tego nie doświadczałem. To jest niemal jak objawienie. Nie mam mocy, ale mam determinację. Łapię ten flow, ten klimat, tę falę na której, niczym surfer, płynąłem przez te wszystkie lata. Czuję się dobrze, zajebiście dobrze.

Nogi niosą, gruba łydka podaje. Drogę przecina stado jeleni. Czuję ich zapach. Wiatr ustał, W lesie zrobiło się cicho. Wspaniale oddycha się mroźnym powietrzem. W głowie dudni stara melodia. I refren: „Zimno oddychaj, ciepło żyj”.

Komentarze: 2

Dodaj komentarz