GÓRY, WYRYPY
Zostaw komentarz

Złapać drugi oddech – wędrówka naprawcza cz.1

Dzień 1 – Góry Suche

Gdy ujrzałem wyłaniające się znad horyzontu Góry Wałbrzyskie, zatęskniłem za przygodą. Pojawiły się zapisane w pamięci obrazy setkowych zmagań, młodzieńczych tułaczek po okolicznych wzniesieniach, hardcorowej wyrypy, na którą wybrałem się z Grześkiem i Januszem. Zielone szczyty, wyraźnie dominujące nad okolicą i ścieżki prowadzące pomiędzy nimi, stały się nie lada pokusą. Cel obrany na dzisiejszą noc oddalał się, a ja toczyłem wewnętrzną walkę. Rozsądek vs „startowe uzależnienie”. Zmęczenie materiału vs wygórowane ambicje. Nieprzygotowanie vs zasada „NNNSNP”. Za dużo ciśnień, taki start to żaden fun. Odpadłem.

Zagubiłem się. Zszedłem z obranej drogi, ze szlaku, którym podążałem. Jak łatwo ulec złudzeniu, że można góry przenosić i eksploatować organizm do granic możliwości, nie dając mu czasu na wytchnienie. Wszystkie nauki o właściwym treningu, o regeneracji, jakimś cudem zostały zapomniane – pędząc przed siebie, zgubiłem zdrowy rozsądek. Musiałem się pozbierać, naprawić. Potrzebowałem czasu na refleksję, na uporządkowanie myśli. Z jaką ulgą przyjąłem fakt, że „zaspałem”, a Sudecka Setka się właśnie odbywa. Zeszło ze mnie powietrze. Odzyskałem spokój, a góry jeszcze nigdy tak mnie nie wzywały jak tego dnia. Tak oto znalazłem się przed budynkiem schroniska „Andrzejówka”, kryjącego swe drewniane oblicze w cieniu wielkiego Waligóry.

Nabrałem powietrza w płuca i powoli wypuściłem przez usta. Spojrzałem w dal, omiotłem wzrokiem horyzont. W kąciku ust, nieświadomie, zagościł uśmiech. Wrzuciłem plecak na grzbiet, zacisnąłem paski. W następnej chwili, cicho, aby nie zmącić panującej ciszy, zamknąłem klapę bagażnika. Jeszcze raz rozejrzałem się po okolicy, zagryzając ustnik rurki od bukłaka, pociągnąłem duży łyk napoju izotonicznego. Po ugaszeniu pragnienia, rurkę mocowałem do plecaka biegnąc. Spontaniczny początek. Bez standardowego „no to w drogę”. Stoję, piję, biegnę. Płynne przejście bezruchu w ruch, bez zakłóceń. Swobodny przepływ.

Biegnę czerwonym, dosłownie czerwonym, duktem. Czerwień drogi wbija się ostrym zakrętem w bujną zieleń roślinności porastającej zbocze góry. Z pokonywanym dystansem, czerwień bezlitośnie tnie zieloną masę na dwoje i wspina się wysoko w stronę szczytu. Wspinam się głośno dysząc. O tak Marcinie, formy to ty nie masz. Robi się stromo jak cholera. Łapię się za wystające z ziemi korzenie. Jeden błąd i zjadę na zadzie w dół. Gdy docieram na szczyt, bucha ode mnie gorąco. Twarz nabiera kolor duktu, który przyprowadził mnie do podnóża tej niewysokiej, lecz stromej góry. Zagotowałem się. Muszę odsapnąć. Nic mnie nie goni. Nie ma startu i nie ma mety, na którą należy jak najszybciej dotrzeć. Nie ma adrenaliny. Korzystam z tej górskiej apteczki, przyklejając sobie plastry kojące nadszarpnięte nerwy.

Potrzebuję odmiany. Potrzebuję oczyszczenia. Zostawić złe wibracje, stres i dotychczasowe troski. Przekroczyć granicę „czystym”. To się dzieje teraz.

Marcinie marudny się zrobiłeś. Użalasz się nad sobą. Nie potrafisz się zdecydować. Kryzys i brak celu pogłębia twoją frustrację. Czas z tym skończyć. Masz tutaj tą granicę, której tak pragniesz i skończ z tym cholernym narzekaniem. Jesteś zmęczony – odpocznij. Jesteś niewyspany – śpij. Wychodzisz na trening bez mocy, a potem wściekasz się, że ci nie idzie, że nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie masz planu, nie masz celu. Jesteś niezorganizowany. Tracisz czas i resztki energii. Ocknij się!

Kolejna góra przede mną i kolejna mozolna wspinaczka. Na szczycie ruiny zamku Rogowiec i ukryta gdzieś w pobliżu keszynka.  Docieram na wierzchołek daję się  znokautować – przepiękny widok na dolinę powala. Znajduję wygodne miejsce i kontempluję. Poezja się w głowie pisze, tak mimowolnie. Jakie to pokręcone – chcesz odzyskać spokój, wdrap się na górę. Pod tak dużej dawce estetycznych doznań, postanawiam ruszyć dalej.

CDN

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.