GÓRY, WYRYPY
Leave a comment

Złapać drugi oddech – wędrówka naprawcza cz.2

Dzień 1 C.D. – Góry Wałbrzyskie

Zbiegam w dół ku asfaltowej drodze biegnącej z Unisławia Śląskiego do Głuszycy, a może odwrotnie. Ta droga to granica oddzielająca Góry Suche od Wałbrzyskich. Wąska, ale ruchliwa. Pamiętam leśną drogę, którą właśnie biegnę. Już raz ją pokonywałem, tylko że w przeciwnym kierunku. To na niej, podczas pierwszej wycieczki organizowanej pod szyldem NBR on Tour, złapał mnie pierwszy z wielu mega kryzysów. Tym razem nie odczuwam żadnego dyskomfortu. Jest upalnie, ale chłodzi mnie delikatny powiew wiatru. Jestem sam i gnam przed siebie zupełnie bez ciśnienia. Z pokonywanym dystansem klaruje się zmącony spokój.

Na szosie mijają mnie kierowcy prowadzący swoje piekarniki na kółkach, motocykliści, rowerzyści. Biegnący pod górę facet musi wzbudzać niemałą sensację. Pamiętam jak jeszcze byłem po ciemnej stronie mocy, biegacze niezmiennie mi imponowali. Wtedy nie byłem w stanie zmusić się do wysiłku, zaprowadzić dyscyplinę i regularnie trenować. Regularność – słowo klucz. Do dziś buntuję się przed realizacją wszelkich planów treningowych. Taka moja przekorna natura: z planem źle, bez planu jeszcze gorzej…

Gubię szlak. Postanawiam pobiec na azymut. Zbiegam z szosy, przeskakuję przez ogrodzenie z drutu kolczastego i zaczynam wspinać się na najbliższe wzniesienie. Przedzierając się przez las płoszę stado muflonów. Zbocze wzniesienia jest wydeptane prze te zwierzęta. Ilość tropów i nawozu świadczy o tym, że upodobały sobie tą trudno dostępną i praktycznie nieuczęszczaną przez ludzi miejscówkę. Okolica pachnie… pachnie oborą.

Jest koniec czerwca i początek wakacji. Dwadzieścia kilka kilometrów stąd leży Wałbrzych. Jestem w sercu jednych z urokliwszych gór Sudetów. Przede mną i za mną piękne krajobrazy, zewsząd wyrastają niewysokie acz wymagające sporej kondycji wierzchołki. Szlaki to fantastyczne singletracki – już planuję, aby pokręcić po nich korbą – spora atrakcja dla zwolenników MTB. I pomimo tych wszystkich zalet, mam wrażenie, że jestem na odludziu, że jestem jedynym człowiekiem w tych górach.

Borowa. Jeszcze kilka metrów i będę na szczycie. Strome podejście wycisnęło ze mnie sporo potu. Za to cień i przyjemny chłód rekompensują włożony wysiłek. Siadam na granitowym słupku. Odsapnę chwilę…

Zastanawiam się nad sensem fastpackingu. To dyscyplina, która idealnie wpasowała się w mój profil, zaspakaja głód pokonywania dystansu pozwalając karmić się estetyką otoczenia. Jest naturalnym pomostem łączącym biegi ultra z turystyką, niekoniecznie górską.

…i ruszam dalej w drogę. A dalej? Dalej funduję sobie stromy i długi zbieg zarośniętą przecinką. Dobiegam do zamku Nowy Dwór. Tam odnajduję ukrytą keszynkę, zachwycam się architekturą budowli i biegnę przed siebie. Zaliczam kolejną galopadę z zamkowego wzgórza. Omijam szerokim łukiem wałbrzyskie Stare Podzamcze i kieruję się na nieodległy grzbiet Gór Suchych.

Dzień 1 – Ponownie w G. Suchych

Dzisiejszy dzień stoi pod znakiem zdobywania zamków. Mam za sobą Unisław Śląski, a przed sobą fantastyczną, magiczną, oblewaną pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca, łąkę. Zastanawiam się czy nie wspiąć się wyżej i przenocować na skraju lasu. Jednak myśl o tym, że dotrę do zamku Radosno chwilę po zmroku i kto wie, może spotkam tam duchy, o których wspominają mieszkańcy Sokołowska, dodaje mi sił.

Najpiękniejszy moment dzisiejszej wycieczki to wspinaczka pod zamkową górę: wąska, stroma ścieżka, jej brzegi porośnięte bujną roślinnością. Gdzieniegdzie mrok rozświetla blask czerwonej łuny powili topniejącej nad horyzontem. Schodzę ze ścieżki, aby napić się wody ze strumienia i schłodzić rozgrzany kark. Nie jestem obserwatorem, stałem się uczestnikiem odbywającego się właśnie misterium. Następnie zamek. Stołp pojawia się znienacka, a raczej ja wpadam na niego wychodząc zza krzaków. Zaglądam w każdy zakamarek. Z zamkowego dziedzińca nie pozostało wiele, ale pomimo tego resztki zabudowań pobudzają wyobraźnię. Trwająca chwila jest spełnieniem, clou programu, wisienką na torcie i zwieńczeniem długiej soboty.

Droga na Waligórę mija szybko. Zdobywam go forsownym marszem. Jest już ciemno, a na domiar złego grześkowa czołówka pada. Miałbym ci ja Sudecką Setkę – po omacku. Mój błąd. Z Waligóry dosłownie zeskakuję licząc przy okazji na piękny, nocny widok. Wędrówkę kończę pod Andrzejówką. Zajadając się kolacją, planuję jutrzejszy dzień.

CDN 

Dodaj komentarz